- Gemmo.,. Gemmo! Och, jak bardzo cię potrzebuję, Zanim zdołała się odezwać, klęczał u jej stóp kryjąc twarz w fałdach jej sukni. Konwulsyjne drżenie wstrząsnęło całą jego postacią, boleśniejsze czyniąc wrażenie od łez. Stała nieruchoma. Nie mogła nic zrobić, by mu dopomóc, nic zgoła. Musiała patrzeć bierna i nieruchoma, ona, która oddałaby życie, by mu zaoszczędzić bólu. Gdybyż miała odwagę schylić się nad nim, objąć go ramionami i przycisnąć do serca, i bronić choćby własnym ciałem od wszelkiej dalszej krzywdy i cierpienia, może odzyskałaby Artura, może nastałby dzień i pierzchły czarne mary. Ale, nie, nie! Jakże zdołałby zapomnieć? Czyż nie ona wtrąciła go do piekła, ona sama, tą oto prawą ręką? Pozwoliła minąć chwili jedynej. Zerwał się szybko i usiadł przy stole, dłonią zakrywając oczy i gryząc dolną wargę, jakby ją chciał przegryźć. Po chwili spojrzał i rzekł spokojnie: .

- A ta wyleniała kocica, Pani Norris... Wiecie co, chciałbym ją kiedyś przedstawić Kłowi. Za każdym razem, kiedy jestem w szkole, bez przerwy za mną łazi. Nie można się jej pozbyć... Filch ją tak przyuczył. Harry opowiedział Hagridowi o lekcji ze Snape'em. Hagrid, podobnie jak Ron, radził mu, żeby się tym nie przejmował, bo Snape nikogo nie lubi.. Przeciwko wojnie nasilały się. Coraz więcej polityków atakowało go za rozszerzenie wojny na Kambodżę i Laos. Musiał zaskoczyć czymś społe-czeństwo. Chciał, aby kamery telewizyjne pokazały, jak z lądujących po. - No, nie dzieci przecież. Ktoś dorosły powinien.... Wszystko. Wygl±dał niby bożek pookręcany w łachmany i szmaty, który w głębi swej. Wahadłowe ruchy ustały. Bandrowska usłyszała sygnały, zrozumiała je. Pomoc nadchodzi. Opadła bezwładnie na płytę platformy. W zapadającym zmroku wyprawa ruszyła w górę ścieżką na Granaty. Rozpoczęła się walka o życie oczekującej ratunku turystki. Walka trudna, prawie beznadziejna. Akcja w nie zdobytym podówczas "kominie Drege'a" była niebezpieczna nawet w dzień. W ciemności akcja taka stawała się prawie szaleństwem. Na wysokości górnej krawędzi urwisk Granatów, tam gdzie ściana traci już na stromości, ratownicy opuścili ścieżkę i poczęli trawersować w prawo. Wkrótce znaleźli się na trawiastej platformie tuż ponad obrywem "komina Drege'a", w miejscu, w którym Bandrowscy spędzili kilka dni oczekiwania i skąd rozpoczęli swą ostatnią drogę. Gdy uczestnicy wyprawy stanęli na platformie było już zupełnie ciemno. Jak tyle razy przedtem i tyle razy później, Tatrzańskie Pogotowie wykazało bezgraniczną ofiarność i poświęcenie. Podziwiać dziś należy desperacką niemal śmiałość decyzji przeprowadzenia działań ratunkowych w ciemnościach nocy. Ratownicy zdawali sobie jednak sprawę, że czekanie świtu byłoby dla Bandrowskiej równoznaczne z wyrokiem śmierci. Gdy uczestnicy wyprawy zeszli dnem komina nad skraj przepaści, część z nich pozostała, by asekurować towarzyszy, a Zaruski i przewodnik Jędrzej Marusarz z latarkami w zębach poczęli zjeżdżać na linach w głąb czarnej pustki. Zejście trwało długo. Trzeba było dowiązywać po drodze zapasowe liny, trzeba było ostrożnymi ruchami wyszukiwać po ciemku chwyty i stopnie, trzeba było wytężyć wszystkie siły mięśni i woli, by schodzić w dół, i to schodzić ze świadomością, że jednym nieostrożnym ruchem rzucony kamień może śmiertelnie ugodzić leżącą poniżej turystkę. Wstrząsające wrażenie wywarł na Zaruskim moment, gdy dojechał wreszcie do platformy w kominie i zobaczył Bandrowską. Lażała na samej krawędzi, nieomal zwisając nad otchłanią. Gdy stanął przy niej na skraju platformy, usłyszał szept: - Ostrożnie, tam przepaść..